Polski | English
strona główna  |  kontakt
Strona główna Media o projekcie Rozmowa z Dagną Ślepowrońską. ...

Strona zrealizowana
ze środków Unii
Europejskiej w ramach
Inicjatywy Wspólnotowej
EQUAL

Aby otrzymywać informacje wpisz poniżej swój adres e-mail


Jak wypisać się z newslettera

Login:

Hasło:






Media o projekcie

LE MONDE... nr 11(21) 2007
Rozmowa z Dagną Ślepowrońską. Od ofiarnych masek do majstrowania przy naprawie świata - "LE MONDE diplomatique" nr 11(21) 2007
„Pasja. Obrzęd zdjęcia masek ofiarnych” to tytuł sztuki teatralnej przygotowanej przez uczestniczki projektu „Praca i Godne Życie dla Kobiet Ofiar Przemocy”, finansowanego ze środków Inicjatywy Wspólnotowej EQUAL i realizowanego w Polsce przez Centrum Praw Kobiet. Celem projektu jest wyrównywanie szans oraz poprawa sytuacji życiowej i zawodowej kobiet doświadczających przemocy w rodzinie.

Andrzej Dominiczak**: „Pasja” jest sztuką teatralną i obrzędem, ale także formą terapii. Z feministycznego punktu widzenia fakt ten może budzić pewne wątpliwości. Dlaczego kobiety, które doznały przemocy, stawiane są w roli osób, które kwalifikują się do psychoterapii? Czy nie jest to w jakieś mierze sprzeczne z celami projektu? Chodzi w nim przecież o pomoc kobietom w samodzielnym radzeniu sobie na rynku pracy. Do tego niezbędna jest wiara we własne siły. Tymczasem udział w terapii zdaje się świadczyć, że uczestniczki programu nie są w pełni zdolne do samodzielnego życia, że wymagają leczenia. Z jakiej choroby?

Dagna Ślepowrońska*: Nasze klientki i aktorki zaczynały od udziału w grupie wsparcia, gdzie zgłaszały różne problemy psychologiczne. Potem dokonywały wyboru, czy chcą pracować dalej i w jaki sposób. Wtedy zrodziła się propozycja utworzenia grupy teatralnej, która w założeniu miała prezentować szerokiej publiczności problemy, z jakimi borykają się ofiary przemocy domowej. Wkrótce jednak zrozumiałyśmy, że byłoby to podejście zbyt płytkie. Zauważyłyśmy, że w przypadku każdej z pań niezdolność do wyzwolenia się z życia w przemocy była zakotwiczona w dalekiej przeszłości. Problem nie zaczynał się od męża, a od ojca lub matki. Dlatego w spektaklu sięgam do doświadczeń z dzieciństwa moich klientek i bohaterek zarazem.

Poza tym, z wywiadów przeprowadzonych z naszymi klientkami po ich zgłoszeniu się do udziału w programie, wiedziałyśmy, że większość z nich poszukiwała pomocy już wcześniej. Pomocy praktycznej i psychologicznej. Mieszkanki wsi zwracały się do księdza i słyszały od niego, że przemoc z rąk męża to krzyż, który kobieta powinna dźwigać. Gdy pobite wzywały policję, spotykały się z lekceważeniem, a niekiedy również z drwinami ze strony funkcjonariuszy i świadków zdarzenia. Wiele naszych klientek było ofiarami przemocy psychicznej i fizycznej, często seksualnej, ze strony ojców, w czym nierzadko uczestniczyły pośrednio ich matki, dając na to przyzwolenie. Kobiety, które chcą się wyzwolić, muszą znaleźć w sobie siłę, a my musimy im w tym pomóc. Pracę nad odzyskaniem godności i poczucia wartości zaczynamy od budowy poczucia siły, od uzmysłowienia im, ile potrafią udźwignąć. Na tym budują swoje poczucie wartości. Nie mówią już o sobie: „jaka ja jestem biedna”, zaczynają mówić: „jaka ja jestem silna. Wytrzymam, przeżyję i wychowam dzieci”. My nikogo nie leczymy. Pomagamy kobietom odnaleźć nowe możliwości rozwoju; zachęcamy do podjęcia walki z cieniami przeszłości, z głosami rodziców i innych ważnych osób, które wmawiały im od dzieciństwa, że są nic nie warte i że nie poradzą sobie w życiu. Zrywając maski, kobiety uruchamiają w sobie energię, która sprawia, że cienie muszą je opuścić. To nie jest działanie czysto symboliczne ani teatr amatorski, który po prostu opowiada o smutnym losie ofiar przemocy. Jest to emancypacyjny obrzęd i powrót do źródeł teatru.

 

Dlaczego kobiety, które chcą awansować lub po prostu znaleźć dobrą pracę mają powracać do źródeł teatru?

Dlatego, że między terapią, a zwłaszcza terapią grupową, a teatrem w jego pierwotnej formie nie ma wielkiej różnicy. Teatr u swoich źródeł miał w dużej mierze cele terapeutyczne. Katharsis w teatrze antycznym było formą terapii społecznej. W pewnej wsi na Pomorzu na przykład po dziś dzień żywy jest obrzęd „sądu nad kanią” – ptakiem, nie grzybem. Kania jest u Kaszubów symbolem zła. Raz na cztery lata we wsi zbiera się sąd ludowy, w togach i w perukach, a sędzia pyta mieszkańców, co złego uczyniła kania. Ludzie wykrzykują zarzuty. Okazuje się, że „kania zostawiła Jolkę z brzuchem, choć wiadomo, że tak naprawdę zrobił to Franek; kania ukradła traktor, choć wszyscy wiedzą, że złodziejem jest Ziutek, kania nie wydawała reszty w sklepie, biła dzieci i tak dalej. W ten sposób wyrażone są pretensje całej wsi. Potem przyjeżdża kat na koniu, w stroju katowskim. Wykonaną z gliny i wypełnioną czerwoną farbą kanię kładzie na pniu i ścina jej głowę, po czym cała wieś idzie nad jezioro, pije wódkę, pali ognisko i dobrze się bawi. Obrzędy tego rodzaju pełnią przede wszystkim funkcję terapeutyczną, czasem dla małej grupy, a czasem dla większej społeczności.

 

A w tym przypadku? Czy przedsięwzięcie, w którym czynny udział bierze garstka kobiet, może w jakiś sposób przyczynić się do poprawy sytuacji innych kobiet? Czy może odegrać jakąś rolę społeczną?

Z pewnością. To przecież jest także sztuka teatralna – sztuka, która budzi wyjątkowo silne emocje. Na nasze przedstawienia przychodzi znacznie więcej osób niż się spodziewałyśmy. Sala jest zawsze wypełniona, a odzew ze strony widzów bardzo silny. Po przedstawieniu podchodzą do mnie widzowie, kobiety i mężczyźni. Płacząc, opowiadają mi swoje, niekiedy bardzo intymne historie. To bardzo ważne, że podchodzą także mężczyźni i mówią, że ich to też dotyczy.

 

Jak słyszałem, szczególnie emocjonalnie zareagowały pensjonariuszki jednego z więzień?

Rzeczywiście. Niedawno wystąpiłyśmy w więzieniu w Lublińcu. Dla więźniarek było to niesłychanie poruszające. Większość płakała, nie dlatego jednak, że aż tak poruszył je los kilku nieznanych im kobiet. Płakały, bo to, co się działo na scenie bezpośrednio dotyczyło ich własnych przeżyć i emocji, często bardzo bolesnych. Dzięki temu doświadczeniu kobiety stają się bardziej empatyczne. Jak sądzę większość z nich będzie w przyszłości lepiej sobie radzić z problemem przemocy w rodzinie.

 

Jak uczestniczki projektu przyjmują tak emocjonalne przyjęcie, którego zapewne się nie spodziewały?

Panie coraz chętniej biorą udział w przedstawieniach. Chcą pomóc jak największej liczbie kobiet. Zaczęły traktować tę działalność jak misję. Wkrótce na przykład, z inicjatywy naszych klientek, odbędzie się spektakl w jednym z domów poprawczych. Panie chcą pomóc osadzonym tam dziewczynom. W więzieniu, po każdym zdjęciu maski kobiety biły brawo. Spontanicznie. To było bardzo ważne doświadczenie! Teraz uczestniczki „Pasji” chcą trafić do innych kobiet. Chcą im pokazać, że zawsze można zrobić coś dobrego ze swoim życiem.

 

Pracujecie ze sobą od kilkunastu miesięcy. Czy w tym czasie poprawiała się sytuacja zawodowa uczestniczek programu? Czy znalazły pracę, dostały oczekiwaną od dawna podwyżkę lub awansowały?

Na początku większość naszych klientek była bezrobotna. Potem różnie się układało, jednak z czasem większość znalazła zatrudnienie. Jedna z pań miała bardzo trudną sytuację w pracy. Była źle traktowana i nie umiała sobie z tym poradzić. Jej sytuacja uległa zmianie odkąd zaczęła stawiać granice i domagać się poszanowania swoich praw. Teraz czuje się szanowana, nie pracuje już za innych i nie zostaje po godzinach, jeśli tego nie chce. Ta sama pani, tuż przed premierą „Pasji”, zdobyła się wreszcie na to, żeby rozstać się z mężczyzną, który przez lata stosował wobec niej przemoc. Przerwała to wreszcie. Kobiety biorące udział w naszym programie naprawdę zmieniają swoje życie. W niektórych przypadkach te zmiany są wręcz zadziwiające.

 

Zdaniem wielu praktyków, ale także autorów z kręgów akademickich, jedną z przyczyn utrzymywania się dyskryminacji kobiet na rynku pracy jest niedostatek solidarności wśród kobiet. Jedni, jak David Buss (1996) lub Griet Vandermassen (2005) szukają przyczyn tego zjawiska w ewolucyjnej historii naszego gatunku, inni – zwłaszcza feministki lewicowej proweniencji – w mechanizmach rynkowych w sojuszu z kulturą patriarchalną. Kobiety, nawet w trudnej sytuacji, często rywalizują o względy szefa, zamiast wspierać się wzajemnie; niechętnie organizują się w grupy protestu lub związki zawodowe. Nawet w przypadkach drastycznych, takich jak molestowanie seksualne, nie zawsze mogą na siebie liczyć i często odmawiają złożenia zeznań obciążających mężczyzn, którzy dopuszczają się przemocy seksualnej. Czy kwestia ta zajmuje jakieś miejsce w waszej pracy? Czy obrzęd zdjęcia masek ofiarnych ma również na celu umacnianie solidarności wśród kobiet?

Wydaje mi się, że teza o niedostatku solidarności wśród kobiet nie jest całkiem bezzasadna, choć nie szukałabym wyjaśnień na gruncie psychologii ewolucyjnej. Winne jest raczej wychowanie w kulturze, w jakiej żyjemy. Skądinąd przecież znamy wiele  społeczności tradycyjnych, w których kobiety tworzyły silne wspólnoty i pomagały sobie wzajemnie. Nasza kilkunastomiesięczna już praca wytworzyła silne poczucie wspólnoty, obejmujące zarówno kobiety uczestniczące w programie, jak osoby prowadzące. Panie pomagają sobie nie tylko podczas prób i spektakli. Zagrzewają się do walki w życiu prywatnym, w pracy i w rodzinie. Pomagają sobie w opiece nad dziećmi i udzielają gościny koleżankom, gdy te utracą dach nad głową. Poczucie wspólnoty jest silne i wszystko wskazuje na to, że przyniesie trwałe skutki, nawet gdyby panie z tej konkretnej grupy przestały się ze sobą kontaktować.

 

Udział w obrzędzie zdejmowania masek daje początek zmianom w życiu uczestniczek programu, ale także – o czym mówiła Pani wcześniej – w życiu wielu innych osób, które wybrały się na spektakl, lub do których wasz teatr sam przyjechał. Kobiety zaczynają bronić swojej godności i swoich interesów, również na rynku pracy, nie godząc się na wykluczenie, wyzysk i inne formy złego traktowania. Zmieniają się także postawy niektórych mężczyzn. Czy można powiedzieć, że jesteście także teatrem politycznym?

Myślę, że tak. Zmieniamy przecież nastawienie wielu kobiet do samych siebie i do swojej roli w społeczeństwie. Wpływamy także na wrażliwość i postawy mężczyzn. Jest to trochę takie majstrowanie przy naprawie świata.

 

Moje ostatnie pytanie mniej związane jest z „Pasją”, bardziej z Pani pracą terapeutyczną z kobietami. Kilka lat temu uczestniczyłem w międzykulturowych badaniach na temat przemocy w rodzinie prowadzonych przez prof. Izabelle Marcus z Uniwersytetu Stanowego w Buffalo. W badaniach tych mężczyźni z wielu krajów i z różnych kultur, między innym Hindusi, Polacy i Amerykanie pytani byli, czy zdarzało im się użyć przemocy wobec swoich żon lub partnerek, a jeśli tak, to z jakiej przyczyny. Co ciekawe, zdecydowana większość badanych mężczyzn, bez względu na kraj i kulturę pochodzenia podawali tę samą przyczynę, a była to rzekoma czy też faktyczna zrzędliwość kobiet, której nie są w stanie wytrzymać. Co Pani o tym sądzi?

Widać z tego, że mężczyźni obarczają kobiety odpowiedzialnością za swoje zachowanie. Nie znaczy to rzecz jasna, że zrzędliwość nie może być męcząca. U kobiet bardziej rozwinięta jest agresja słowna, a u mężczyzn fizyczna. Zrzędzenie też jest formą agresji. Z drugiej strony jednak znam wielu zrzędliwych mężczyzn i ani jednej kobiety, która by z tego powodu biła swojego męża lub partnera. Może więc jest to wada, z którą można żyć, przy odrobinie dobrej woli. Co innego, jeśli po prostu szuka się pretekstu do użycia przemocy. Do tej roli zrzędliwość nadaje się bardzo dobrze.

 

* psychoterapeutka a jednocześnie autorka sztuki „Pasja”, reżyserka i wykonawczyni jednej z głównych ról.

** współpracownik Centrum Praw Kobiet i redaktor kwartalnika Bez Dogmatu.

2007-12-14 10:23:38

Powiatowy Urzd Pracy d Wschd Zwizek Pracodawcw Warszawy i Mazowsza OPS oliborz
 Copyright by Equal 2005 Kreacja MediaAmbassador 2005