12 kobiet - "Gazeta Wyborcza - Wysokie Obcasy" 6 maja 2006 - Agnieszka Jucewicz, Tomek Kwaśniewski
Dwanaście ofiar. Dwanaście zabójczyń. Dwanaście aktorek.
Panie i Panowie!
Nazywam się Lidia Olejnik. Jestem naczelnikiem więzienia dla kobiet w Lublińcu.
Spektakl „Zapach dzikiej róży”, który za chwilę obejrzycie, powstał na podstawie prawdziwych historii grających w nim pań. Prawie wszystkie zostały przez psychologów uznane za ofiary przemocy.
Prawie wszystkie krąg przemocy przerwały zabójstwem. W naszym więzieniu przebywa 31 takich kobiet. 12 z nich za chwilę zobaczycie na scenie.
Szanowni Państwo!
Dzięki teatrowi te panie nabierają pewności siebie. Opowiadają swoje historie, docierają do ukrytych, bolesnych emocji. Słysząc wasze brawa, odzyskują godność i naocznie przekonują się, że nie warto być biernym.
I mają poczucie, że swoją sztuką mogą uratować tych, co żyją w przemocy.
Nasz teatr wystąpił już ponad 20 razy. Zagraliśmy przed więźniami sprawcami przemocy, przed prokuratorami i sędziami, przed księżmi, przed studentami. Byliśmy na Festiwalu Teatrów Terapeutycznych w Lublanie, co – jak śmiało mogę powiedzieć – nie ma precedensu w Europie. Bo nigdy wcześniej się nie zdarzyło, by więźniowie wojażowali po świecie.
Wielokrotnie pytano mnie, czy się nie boję, że któraś z aktorek zawiedzie moje zaufanie. Odpowiadam, że owszem, ale kto nie ryzykuje, kto nie bierze odpowiedzialności, ten nie zbiera owoców. A ten teatr je rodzi.
(Gaśnie światło, widzowie nerwowo poprawiają się na krzesłach)
Prolog
(Po scenie spacerują wszystkie postaci dramatu. Mijają się, potrącają, nie zwracają na siebie uwagi)
Marysia
On był moim pierwszym chłopem.
Poznała go w czasie wyborów. Ja byłam w komisji, on głosował. W następnych wyborach już razem byliśmy w komisji. Miałam 24 lata, jak za niego wyszłam.
Uderzył mnie tylko raz i nie można powiedzieć, że zawsze było źle. Pamiętam miłe chwile. Jak siedzimy w domu i oglądamy telewizję albo rozwiązujemy krzyżówki.
Koło pięćdziesiątki zaczął porządnie pić. Potem to juz tylko pił. Tak strasznie, że jak miał chory kręgosłup, to zastrzyki przeciwbólowe popijał alkoholem. A jak pił, to się czepiał. O to, że jedzenie niedobre. O to, że pieniędzy mało. A sam nie pracował, tylko na rencie żył. I do tego jak coś z rodziny z Niemiec dostałam, to brał i przepijał. A tu ciężko wiązać koniec z końcem.
Mój mąż był strasznym marudą i dokuczliwym człowiekiem. Do dziś się zastanawiam, dlaczego ja wtedy z moim wilczurkiem na spacer nie poszłam. Bo zwykle jak nie mogłam wytrzymać, to brałam wilczurka i szłam. A jak nie pomagało, to szłam do księdza. Klękałam i opowiadałam. A on mówił, że już 28 lat jesteśmy małżeństwem, że muszę wytrzymać, że wszystko się ułoży.
Co roku chodziłam z pielgrzymką na Jasną Górę, raz w miesiącu na nocne czuwanie. W Licheniu byłam, z komunijnymi dziećmi do różnych sanktuariów jeździłam. Ale tamtego wieczoru nie wytrzymałam. Udusiłam go.
Małgorzata
Ja sobie mówię, że ja go nie zabiłam. Zadałam mu trzy ciosy ze skutkiem śmiertelnym, ale nie chciałam.
Jak się dowiedziała, że on nie żyje, to dostałam wariacji. Przecież jeszcze wyszedł i mnie zamknął w domu. Pani doktor w szpitalu powiedziała, że on mógł jeszcze żyć. W końcu się poddał. Nie wiem, może bał się dawnej sprawy o alimenty, jeszcze z pierwszą żoną?
On się nie nadawał ani na ojca, ani na przyjaciela. Na początku mnie cukrował. Miły był. Ale jak zaczął pic te wynalazki, denaturat i inne, to już poszło. Wyzywał mnie, że z braćmi żyję, poniewierał, bił, kopał. Nerki mam przez to chore. Byłam podcinana piłą do drzewa. Dzieci molestował. Nieraz zgłaszałam na policji. Rano wracał z izby już wypity i mnie wyzywał od k..., że go nadawałam. I tak w kółko. Aż mi po 20 latach nerwy puściły.
Basia
Ona zawsze była ze mnie niezadowolona. I za wszystko biła. Za to, że w kościele obgryzałam skórki od paznokci, za to, że za cicho śpiewam.
I to się nie zmieniło. Nawet gdy w wieku 23 lat wyszłam za mąż, nawet gdy urodziłam syna. Nieraz kijem od szczotki mi przyfanzoliła, nieraz oblała mnie wodą. W końcu się wyprowadziłam. Zaczęła dzwonić, że się zabije, pójdzie do domu starców. Po dwóch tygodniach wróciłam. Mąż wystąpił o separację. I znów było piekło.
Jak rozmawiałam przez telefon, to musiałam tak mówić, żeby matka wiedziała, z kim rozmawiam. Jak jechałam w delegację, to mi grzebała w bagażu i robiła awanturę, że biorę majtki na zmianę. Krzyczał, że kurwić się jadę. Dwukrotnie lądowałam w szpitalu psychiatrycznym, bo się pocięłam. Lekarze stwierdzili zaburzenia stanów emocjonalnych i odesłali do domu.
W noc poprzedzającą zabójstwo znowu się kłóciłyśmy. Poszło o to, że nalałam do wanny za dużo ciepłej wody. Rano wstałam i powiedziałam „dość”. Poszłam do kuchni i zaczęłam robić farsz do pierogów. Z kapusty i mięsa. Ona siedziała w pokoju. Tyłem. Wzięłam siekierkę do mięsa. Podeszłam. Cała się trzęsłam. Zawróciłam. Uderzyłam za trzecim podejściem. I poczułam ulgę.
A potem zamówiłam taksówkę i kazałam się zawieść do najbliższego miasta. Kupiłam sobie buty, jakie zawsze chciałam, i duże pudło klocków dla syna.
Ewa
Mam wspaniałą, cudowną rodzinę. Dwie siostry, z którymi jestem blisko. Ale ktoś chciał mnie skrzywdzić i wszystko się obróciło. Zamknęłam się w sobie. Stworzyłam swój własny świat, do którego nikt nie miał dostępu. Wstydziłam się. Może gdybym umiała o tym opowiedzieć, nie tak by to się skończyło.
Scena pierwsza
(Sanitariuszki siłą ciągną Erykę do szpitala. Eryka krzyczy, że musi do domu. Musi gotować, sprzątać)
Grażyna z początku myślała, że ta sztuka nie jest dla niej. Po pierwsze, zabiła przypadkiem, po drugie, w jej związku nie było przemocy.
Ale potem zaczęła się zastanawiać i zmieniła zdanie.
- Zdałam sobie sprawę, że po urodzeniu dziecka mój konkubin się zmienił. Zaczął więcej pić, więcej czasu spędzać z kolegami. Przestraszyłam się, że jakby to dalej trwało, to mogłoby się źle skończyć – opowiada. Już w więzieniu zerwała związek.
- Tak sobie to czasem tłumaczę, że Pan Bóg przed czymś mnie ostrzegł. Że musiałam trafić do więzienia, żeby to odkryć. Żeby mieć szansę na nowo ułożyć sobie życie – mówi.
Scena druga
(Eryka miota się na łóżku. Nie chce zostać w szpitalu)
- Ja tak wyroku nie żałuję, jak rozłąki z dziećmi – mówi Małgorzata. Dużo płacze. Kiedy o nich myśli, kiedy do nich dzwoni i na widzeniu.
- Nieraz chciałam sobie życie odebrać – mówi i znów się robi smutna.
- Wieszałam się. Odcinali mnie. Ale psychologowie mi wytłumaczyli, że to nie sztuka odejść. Sztuka to dzieci wychować. Nawet jak się je rzadko widzi, bo się siedem lat w więzieniu siedzi – mówi i dodaje, że najbardziej to chciałaby zagrać dla dzieci.
- Oni mi nie wierzyli, że ja z teatrem jeżdżę. Mamo, co ty gadasz? - mówili. - Gdzie ty z więzienia pojedziesz? Uwierzyli, gdy im kartkę ze Słowenii przysłałam.
Scena trzecia
(Dziewczyna poznaje mężczyznę. Jest miły. Daje jej kwiat. Biorą ślub. Fanfary)
- Jakby rok temu ktoś mi powiedział, że wezmę za rok ślub, to bym się puknęła w czoło – mówi Renata. 29 kwietnia wychodzi za mąż. Ma cichą nadzieję, że dostanie przepustkę. Kiedy to mówi, szepcze tak, że prawie nie słychać. Wysoka, drobna, siedzi skulona, skubie chusteczkę, bo dzisiaj jakaś taka pogoda, że chce jej się płakać. Kiedy opowiada o narzeczonym, robi się pewniejsza. Zaczyna patrzeć w oczy.
- Poznaliśmy się tutaj. On też był osadzony. Mamy tu sześciu takich rodzynków: malarzy, palaczy w kotłowni. Pracował jako elektryk.
Wyszedł w listopadzie. Renata myślała, że wyjdzie, zapomni. W grudniu przyjechał z kwiatami i z pierścionkiem. I się oświadczył.
- Myślę, że to dzięki teatrowi potrafiłam się otworzyć na mężczyznę. Zaczęłam mówić o tym co mnie boli, czego się obawiam. Zrozumiałam, że nie każdy jest oprawcą.
Kiedy poznała Darka, od razu przyznała się, że ma uraz do facetów. W domu mąż alkoholik znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie.
- A on słuchał. Był bardzo delikatny. Do tej pory nie nadwyrężył mojego zaufania. A to jest bardzo dużo. Renata raz w życiu znała podobnego mężczyznę. Był jej przyjacielem. Zmarł. Czasem, kiedy patrzy na swojego narzeczonego, zadaje sobie pytanie: a może jest tak, że tamten przyjaciel żyje nadal w ciele Darka?
- Myślę sobie, że Pan Bóg mi go zesłał, żeby mi wynagrodzić to, co przeszłam – mówi cicho, patrząc w ziemię. Jakby nie chciała zapeszyć.
Scena czwarta
(Gdzieś zniknął Pan Młody w białym garniturze. Zamiast niego jest facet w czerni. Nachyla się nad Panną Młodą, zmusza ją do picia, wywraca krzesło, rzuca ją na ziemię)
W Iwonie R. są dwie dziewczyny. Pierwsza milczy i kuli się w sobie, kiedy pada pytanie o przeszłość. Druga jest radosna. Chętnie opowiada o przedstawieniu, dużo się śmieje. O teatrze mówi „mój motor do życia”.
- Na początku dostałam rolę Eryki – tłumaczy. – Ale stresowałam się bardzo. Może ona była zbyt bliska? Dużo miała takich scen leżących, bez ruchu, a to mi się kojarzy z bezsilnością, z przemocą.
W końcu stanęło na roli „złego mężczyzny”, który bez słowa przemyka po scenie w czarnym płaszczu. Mąci, bije, zmusza żonę do picia albo po prostu stoi złowrogo. Pytamy, czy trudno było jej się przełamać, żeby zagrać tę rolę.
- Nie wyobrażam sobie innej. Czuję się tak, jakbym weszła do innego świata, na drugą stronę lustra. Taka pewna siebie i władcza. Jestem tam, nic nie mówię, a w sumie nakręcam cale to towarzystwo.
Scena piąta
(Druga sąsiadka przychodzi do Panny Młodej. Plotkuje, podpatruje)
- Ja w ogóle nie jestem taka jak ta moja rola: wścibska, głośna – mówi Iwona J. – W rzeczywistości jestem spokojna, cicha, nie wtrącam się. Jak ktoś mnie o coś pyta, to mówię: „Nie wiem, nie widziałam”.
Aktorskie początki Iwona J. miała trudne. Trochę się myliła, trudno jej było sobie wyobrazić, że zamiast zapukać w prawdziwe drzwi, musi powiedzieć „puk, puk” i zastukać w powietrze.
- Uważam, że lepiej by było, jakby tam jednak były drzwi – mówi. Ale teatr docenia.
- Dużo więcej bym się dołowała, gdyby nie ten teatr. Na początku siebie obwiniałam za wszystko, a potem zrozumiałam, że to była i moja wina, i jego wina. Że zanim się jakiś krok zrobi, trzeba przemyśleć, czy to jest dobre, czy złe. Teraz jak wyjdę na wolność, to nie będę się pchała w jakiś związek, mając nadzieję, że on się zmieni. Jak miałam 19 lat i wyszłam za mąż, to byłam głupia i naiwna. Mam i ojciec mówili, że przez niego życie sobie zmarnuję. Przez 13 lat dawałam mu szansę na poprawę, żeby niecił, nie bił. Chciałam pomóc, ale się nie dało. Teraz już wiem, że jak wyjdę, to jeżeli kogoś poznam, to byle nie alkoholika. Jeśli tylko na mnie rękę dźwignie, odejdę. Jakbym dzisiaj poszła na policję, to powiedziałabym, że żądam pomocy, żądam telefonu do Centrum Praw Kobiet i na Niebieską Linię.
Scena szósta
(Zakonnica rozmawia z Eryką. Mówi: „Każde zdarzenie w życiu coś znaczy. Mój mąż pijany za mną gonił i wpadł pod tramwaj. Reszta mojego życia to dar od Boga. Nie mogę go zmarnować. Dlatego postanowiłam pomagać innym”)
Marysia nie może sobie wybaczyć. Nie może zrozumieć, jak ona wierząca i praktykująca, mogła zabić męża.
- Bo to nie ja mu dałam życie. Na to, co zrobiłam, nie ma usprawiedliwienia – zaczyna płakać.
- Początkowo z nikim o tym nie chciałam rozmawiać. Koleżanki więźniarki podtrzymywały mnie na duchu. Teraz już jestem inna. Opowiedziałam swoją historię, otworzyłam się. No i ten teatr dużo mi dał. Człowiek się czuje doceniony. A już myślałam, że zmarnowałam życie, że wszystko jest przekreślone. A tu ludzie brawo biją. „Głowa do góry” – mówią. No to się staram. I coraz bardziej czuję się taka jak przed zabójstwem. Pracuję w więziennym ambulatorium. Staram się pomagać, pocieszać. Bardzo tu lubiana w więzieniu jestem.
Scena siódma
(Pierwsza Sanitariuszka siedzi na łóżku. Druga Sanitariuszka prawi jej morały o nadużywaniu alkoholu. Pierwsza podnosi wzrok i odkrywa podbite oko koleżanki. Postanawiają wspólnie zacząć nowe życie)
- Zawsze byłam strasznie zamknięta – mówi Grażyna. – Teraz wiem, że jakbym gadała, toby mi pomogło. Dowiedziałam się, że można wołać o pomoc.
Renata: - Ja gram dla kobiet, które tak jak ja znalazły się w matni. Nie umiały prosić o pomoc, a jak się na to zdobyły, to odchodziły z kwitkiem. Począwszy od dzielnicowego, skończywszy na policji. Kobiety wstydzą się, że ktoś im robi krzywdę. A ludzie, nawet jak coś widzą i słyszą, to są obojętni. Potem dochodzi do tragedii.
Scena ósma
(Noc. Eryka śpi. Ukazuje się anioł w powłóczystej sukni)
- Ja tylko chodzę w takiej sukni. Nic nie mówię. Reżyser musiał mi nagrać rolę na taśmę. Nie mogłam zapamiętać – mówi Dorota. Niewyraźnie i z trudem. Jej twarz jest nieruchoma. Zupełnie nie daje się czytać. Ze strzępów wypowiadanych przez nią zdań rysuje się historia. Najpierw dom dziecka, potem rodzina zastępcza, w której zaczęło się bicie. Dalej szkoła specjalna. Osiem klas. Z domu uciekła, gdy miała 16 lat. Wsiadła w pociąg i pojechała do Chorzowa. Jakiś mężczyzna znalazł ją na dworcu. Miała z nim dwójkę dzieci. Pierwsze trafiło do adopcji, drugie zostało w szpitalu. Następnego mężczyznę poznała w parku. Miała z nim trójkę dzieci. Dwoje zostawiła w szpitalu. Trzecie jest u babci. Dorota mówi, że on też ją bił, że chciała od niego uciec. Pewnego dnia, gdy jak zwykle poszła na obiad do jadłodajni prowadzonej przez siostry, spotkała koleżankę.
- Powiedziała: „Znalazłam ci chłopa, wreszcie będzie ci dobrze” – opowiada. Poszła pod adres.
- Brud, butelki. Rzucił się na mnie z siekierą. Pijany był. Obroniłam się nożem.
Scena dziewiąta
(Eryka wychodzi ze szpitala. Stoi na środku sceny i mówi: „Tu był mój dom. Na ruinach wyrosło drzewo. Nawet na ruinach można coś zbudować”)
W więzieniu Basia przeszła terapię dla ofiar przemocy w rodzinie. Terapię pod kątem autoagresji i regulowania stanów emocjonalnych.
Potem zaczęła grać w teatrze. Napisała minisztukę „O dobrym
Samarytaninie”. Wystawiła ją na Dzień Wolontariusza. Opiekuje się więziennym radiowęzłem, organizuje imprezy okolicznościowe.
Nauczyła się współgrać z ludźmi. Zrozumiała, że nie wszystko zależy od niej. Dowiedziała się, że nie jest najgorsza, a jednocześnie, że wszystkiego nie da się robić świetnie. Przyjmuje uwagi i uczy się z nich korzystać.
- Jak trafiłam do więzienia, to chciałam, żeby Bóg mnie pokarał, zabrał oczy i nogi. Dziś pogodziłam się ze swoim wyrokiem, uważam go za słuszny.
Scena dziesiąta
(Kobieta w zwyczajnym ubraniu wchodzi na scenę, siada na schodkach i zaczyna czytać modlitwę)
Lena w więzieniu uwierzyła w Boga. – Nim tu trafiłam, żyłam w okropny sposób. Byłam pracoholiczką w najgorszym sensie tego słowa. Żyłam tylko dla firmy. Zaniedbywałam męża. Jak były urodziny matki, to kupowałam kwiaty, składałam życzenia i wychodziłam – opowiada.
I nagle spowodowała ten wypadek.
Śledztwo, rozprawa, wyrok.
- Nie zdążyłam się załamać tylko dlatego, że po siedmiu dniach w więzieniu pani dyrektor zaproponowała mi pracę z dziećmi z porażeniem mózgowym. Byłam przerażona, bałam się spotkania z nimi. Ale to była szansa, by sześć godzin dziennie być na wolności. Odkryłam inny świat. Tam wystarczy, że przychodzi ciocia – bo my, więźniarki, zastępujemy tym dzieciom matki – a już jest radość i tupanie nóżkami. Rozumiecie? Tam nie ma intryg, pogoni za pieniądzem – mówi Lena.
Scena jedenasta
(„Pozwól codzienności być naszą modlitwą” czyta Lena)
- Wyjazd na przedstawienie jest jak taka wycieczka – mówi Ewa. Oczy jej błyszczą, buzia promienieje.
- Jak my pierwszy raz pojechali, to się napatrzyć nie mogłam. Tak mnie cieszyły te widoki: krowa na pastwisku , lasy, mijające samochody. Czułyśmy się jak dzieci z przedszkola. Piłyśmy kawę, jadłyśmy ciasto, które zrobiłyśmy na drogę specjalnie i śpiewałyśmy sobie – opowiada i dodaje, że z każdej wyprawy przywożą pamiątki. Dla siebie i koleżanek z celi.
- One to przeżywają razem z nami. Kanapki nam pakują na drogę i każą sobie opowiadać, jak było. Cieszą się z każdej drobnostki: ulotek z występów, świętych obrazków, wisiorków. Z Warszawy im takie ładne łyżeczki z McDonalda przywiozłyśmy. Ozdobiłyśmy je kwiatkami i teraz każda ma jednakową piękną łyżeczkę.
Finał
(Panna Młoda umiera zabita przez Czarnego Mężczyznę. Z głośników leci aria operowa. Aktorki wychodzą do publiczności. Kłaniają się. Stają w rzędzie, biorą się za ręce i podnoszą je do góry. Płaczą)
Dorota płacze, bo jej się przypomina. – Jak mnie przybrana matka pijana biła – mówi.
Lena płacze, bo jej żal koleżanek.
- Ja naprawdę mam cudowną rodzinę, cudownego męża, z którym jestem od 16 lat. Do tej pory przemoc znałam tylko z telewizji. Tutaj spotkałam te, co to przeżyły. Słyszałam te historie. Czytając modlitwę, chciałabym, żeby Bóg polepszył dla nich życie – mówi.
Małgorzata płacze, bo wzruszają ją brawa.
- Ludzie mówią o nas „aktorki” i nam dziękują za przedstawienie. Jeden pan z Warszawy życzył, żeby nam to „kwietniowe słoneczko przyświecało”. To daje taką kruchą nadzieję – mówi.
Marysia płacze, bo czuje, że publiczność ją akceptuje i zaczyna rozumieć.
- A wcześniej to się obawiałam, że będą oceniać, wytykać palcami.
Iwona R. chciała zapłakać, ale nie potrafi.
- Coś mi się takiego w środku twardego zrobiło – mówi.
Epilog
(Siedząc w więziennej celi, kobiety opowiadają o tym, co będzie dalej)
Małgorzata prawdopodobnie będzie wolna w maju. Resztę życia chce poświęcić dzieciom. Boi się o córki, żeby im się krzywda nie stała. Synowi chce pomóc, bo wpadł w złe towarzystwo i dostała dwa lata za kradzież. Chciałaby też jakoś dorobić do renty, kto wie, może w jakimś teatrze. Zarzeka się, że jak wyjdzie, a dziewczyny będą jeszcze grały spektakl, to wróci, żeby z nimi zagrać.
Renata chciałaby pomagać ofiarom przemocy domowej, jeszcze nie wiem jak. Wie, że chce ułożyć sobie życie z Darkiem. Liczy na to, że za pół roku będzie mogła pracować jako wolontariuszka. Wtedy zacznie wychodzić na zewnątrz.
Iwona R. chce wyjechać z dziećmi do Niemiec, do siostry. Zarobić, odciąć się od starego życia. Na razie o związkach nie myśli. Boi się popełnić błąd, bo – jak mówi – za „błędy się siedzi”/ Marzy o szkole teatralnej.
Iwona J. chciałaby skończyć kurs masażu, koleżanki mówią, że ma talent. I odzyskać zaufanie synów. Martwi się, że nie ma takiej radości, co kiedyś. Nie przytulają się, nie mówią o tym, co ich boli. Cierpliwie czeka, aż się otworzą. Mówi, że będzie czekać do końca.
Ewa boi się życia za murami: tego wstydu, niepewności, oceny innych. Tutaj ma posiłek trzy razy dziennie, jakieś pieniądze na drobne zakupy, życzliwych ludzi.
Dorota czeka na odpowiedź ośrodka dla osób, które nie mają gdzie mieszkać. Jeśli będzie pozytywna, to powinna wyjść.
- I co dalej? – pytamy.
- Nie wiem – odpowiada Dorota. – Ale jak tam będzie teatr, chciałabym występować. Tylko mi muszą rolę na taśmę magnetofonową nagrać.
Grażyna przede wszystkim chciałaby odzyskać prawa rodzicielska. Szykuje się na sądową batalię. A potem chciałaby wyjść za mąż i na nowo stworzyć dom. Mówi, że starannie będzie dobierać partnera. Jak się okaże, że pije, to przepędzi. O pracę się nie martwi. W więzieniu skończyła kurs komputerowy i kurs gotowania.
Basia jeszcze w więzieniu chce zrobić korespondencyjnie studia. Kierunek: pracownik socjalny.
Lena wychodzi za kilka dni. Zastrzega, że już nigdy nie będzie pracować po kilkanaście godzin dziennie. Będzie chodzić na spacery, jeść kolacje z mężem, gotować, sprzątać, odwiedzać rodziców. Ale bezrobotna też nie będzie. Ma już nawet propozycję pracy.
- Złożył mi ją dom opieki społecznej, w którym zajmowałam się dziećmi z porażeniem mózgowym.
Marysia coraz lepiej czuje się w habicie.
- Mnie nawet radzili, żebym po wyjściu z więzienia do klasztoru poszła – mówi. – I ja bym nawet poszła. Ale nie do zamkniętego. Tylko takiego, tylko takiego, żeby mi pozwolili się dzieciakami
zająć. Moim marzeniem jest wyjść i jeszcze komuś w tym życiu pomóc. Może wtedy sobie wybaczę.
Praca i godne życie dla kobiet ofiar przemocy
Opisane przedstawienie zostało zorganizowane przez Fundację Centrum Praw Kobiet w ramach projektu „Praca i godne życie dla kobiet ofiar przemocy” finansowanego ze środków Inicjatywy wspólnotowej EQUAL.
2007-05-21 17:42:53